Prawie jak w kinie...

Marty Supreme to historia, której trudno się oprzeć. Miałam przeczucie, że będzie zaskakująca i nie zawiodłam się. Pierwsze zaskoczenie to muzyka. Lata 50. w Ameryce, opowiedziane popowymi kawałkami lat 80. to coś, czego widz się nie spodziewa, ale kupujemy tę konwencję od pierwszych minut filmu – począwszy od Forever Young Alphaville w szalonej scenie, w której do celu zmierzają animowane cyfrowo plemniki.
